sobota, 7 listopada 2015

Podanie [do WIOŚ] o udzielenie informacji o podstawach twierdzenia, że serwis aqicn.org przedstawia błędne dane

Szanowni Państwo,

w związku z wypowiedzią pani Krystyny Barańskiej z WIOŚ o nieprawidłowych danych z serwisu aqicn.org, proszę o doprecyzowanie, dla których stacji, jakie wartości liczbowe i dotyczące których pomiarów uznano za błędne. Stwierdzenie, że "stężenia pokazywane na chińskich serwerach były nawet 10-krotnie większe niż rzeczywiście u nas na stacjach", wydaje się co najmniej dziwne ze względu na to, że chiński serwis nie podaje stężeń, ale AQI, więc nie da się wprost porównać obu danych. Weryfikacji prawidłowości można dokonać jedynie przeliczając stężenie na AQI lub odwrotnie. Czy też może chodziło o to, że używana tam skala AQI nie pokrywa się z Państwa skalą jakości powietrza? Ciężko jednak twierdzić, że odczyty są błędne tylko na postawie tego, że przyjęto inną, równie arbitralną skalę oznaczenia poziomów zagrożenia.

Rozumiem, że dane bezpośrednio od WIOŚ mają tę przewagę, że są źródłowe, jednak AQI na Państwa stronie brak, a wartość wyliczanego przez Państwa indeksu nie jest łatwo dostępna -- tzn. nie można go uwzględnić na wykresach w raportach godzinowych, a w tabelach jest on kodowany jedynie kolorem bez podania numerycznej reprezentacji, co więcej - jedynie w raporcie dobowym. Natomiast indeks prezentowany na mapie, choć ma zalety, ma też kilka wad:

  • dostępny jest jedynie wypadkowy (najgorszy, maksymalny) indeks, a nie dla pojedynczych substancji,
  • zbiorczo wartości można tylko szacować na podstawie kolorów,
  • dostarczający informacji o historii wykres trzeba otworzyć dla każdej stacji z osobna.

Stąd nie dziwi popularność agregatora, jakim jest wspomniany chiński serwis podający indeks w sposób zunifikowany dla całego świata.

Wartości podawane przez chiński serwis sam weryfikowałem kilkukrotnie, napisawszy pomocnicze narzędzie. Wartości AQI z chińskiego serwisu odpowiadały stężeniom podawanym przez WIOŚ. Drobne odchylenia zrzucam na karb metody konwersji jednostek (ug/m3 na ppm i ppb).

Dlatego, podsumowując, proszę o udzielenie mi informacji, jakie podstawy ma stwierdzenie, że chiński serwis podaje niewłaściwe dane.

Z poważaniem,

Marcin Szewczyk

Uwagi

Pismo złożone przez ePUAP. Doczekałem się odpowiedzi oraz dokonałem kolejnej wymiany pism.

Odkrycia związane z tematem rozbieżności między danymi WIOŚ i aqicn.org oraz dociekaniem, jak chiński serwis szacuje dane, gdy dana lokalizacja nie odpowiada stacji WIOŚ lub stacja nie posiada odpowiednich czujników, są na bieżąco uzupełniane w repozytorium. W szczególności omówiony jest temat wyłączonej od jakiegoś czasu stacji Krucza.

sobota, 17 października 2015

Tomasz Pietryga o niebezpiecznych ścieżkach rowerowych - komentarz

Z listu wysłanego do redakcji, nie bezpośrednio do pana redaktora, bo Rzeczpospolita nie daje takiej możliwości, a pan redaktor w internecie jak by nie istniał :/

Szanowny Panie redaktorze,

Pański tekst to mieszanina felietonowej poetyki i żółci, którą najwyraźniej musiał Pan upuścić. Nie zadał Pan sobie natomiast trudu podania, jakich "ekspertów" Pan cytuje oraz nie powołał się na konkretne dane z raportów.

Co to znaczy, że "nie ma pewności, czy jest się po jej [ścieżki rowerowej] właściwej stronie"? Nie ma oznakowania poziomego, nie namalowano rowerków? Który element oznakowania powoduje, że nie wie Pan, czy jest pan na DDR czy nie?

Pisze Pan, że rowerzyści zyskali rozległe prawa. Jak rozumiem wg Pana nieproporcjonalnie większe niż piesi. O które prawa Panu chodzi? Na skrzyżowaniach równorzędnych mam pierwszeństwo dopiero, gdy już znajduję się na przejeździe rowerowym, podobnie jak pieszy ma je dopiero po wejściu na przejście. Na jezdni ruch roweru niewiele się różni od jazdy samochodem, a zagrożenia są o wiele większe. Po chodniku jeździć nie wolno poza bardzo szczególnymi przypadkami, które zachodzą bardzo rzadko. Gdy DDR jest po tej samej stronie drogi, którą jadę, mam obowiązek z niej korzystać. Jeśli drogę współdzielę z pieszymi, to oni mają pierwszeństwo. Na czym więc polegają te rozległe prawa? Proszę je wymienić.

"Jak podkreślają eksperci, poważną bolączką jest nieznajomość zasad ruchu drogowego wśród rowerzystów". Którzy eksperci? Niedoinformowani funkcjonariusze pokroju Alvina Gajadhura?

Stwierdza Pan, że rowerzyści nie znają przepisów rowerowych. Na jakiej podstawie? Znane są Panu jakieś badania na ten temat? Dotychczas udostępnione dane nie pozwalają na wyciągnięcie jednoznacznych wniosków. Sporo rowerzystów jeździ po chodnikach -- nie przeczę. Jednak należy się zastanowić w jakich okolicznościach, w jakich rejonach i dlaczego. Proszę zerknąć na "Warszawski Pomiar Ruchu Rowerowego 2014". Ponad 60% rowerzystów jedzie po chodnikach, jeśli nie ma infrastruktury. Podejrzewam, że ze strachu przed kierowcami samochodów. Tam, gdzie infrastruktura jest, ok. 85% rowerzystów przemieszcza się poprawnie. Do tego proszę zwrócić uwagę, że w 2/3 kolizji/wypadków z udziałem samochodu i roweru winnym jest kierowca samochodu -- proszę sprawdzić w "Warszawskim raporcie rowerowym" z 2014 roku. Sugeruje to, że rowerzysta decydujący się na korzystanie z jezdni w większości przypadków zna przepisy i je stosuje. Jest pewna część kierowców i rowerzystów, którzy nie znają lub ignorują przepisy. Jednak z braku badań na ten temat, ciężko stwierdzić konkretnie, jakie są proporcje. Proszę też wziąć pod uwagę, że rowerzyści mogą mieć prawo jazdy i samochód (jak na przykład ja) i znów nie wiadomo, jak liczna jest to grupa.

"Lista rowerowych wykroczeń jest za to długa". Nie napisał Pan, ile jest tych przypadków łamania przepisów przez rowerzystów. Jak się ma ta liczba do liczby rowerzystów -- w sezonie kilkadziesiąt tysięcy w dni powszednie. Do tego jeszcze trzeba by było się zastanowić, czy złapani rowerzyści rzeczywiście stanowili zagrożenie. Zdarzyło mi się raz być ukaranym mandatem i raz pouczonym za przejazd przez przejście dla pieszych. Problem polega na tym, że nie wyskoczyłem kierowcom nagle na to przejście, nie przepędzałem pieszych -- z lenistwa nie zszedłem z roweru i turlałem się nikomu nie zawadzając równo z pieszymi na przejściu tak szerokim, że obok nas mogłyby przemaszerować jeszcze słonie. Dlaczego? Bo była dziura w infrastrukturze. A Straż Miejska wypisując mandat zaliczyła "sukces", ale aspekt wychowawczy żaden. Nie stanowiłem dla nikogo zagrożenia.

Problem z egzekwowaniem przepisów od rowerzystów jest podobny jak z egzekwowaniem ich od kierowców. Nie liczy się aspekt wychowawczy, ale łatwe pieniądze. Nie mam nic przeciwko, żeby Straż Miejska się wysiliła i łapała rowerzystów-wariatów robiących slalom między pieszymi. Podobnie, jak moim marzeniem jest, by Straż Miejska skupiła się na kierowcach mijających mnie jako rowerzystę na grubość lakieru, czy tych niezatrzymujących się przed zieloną strzałką.

Twierdzi też Pan, że rowerzyści lekceważą swoje bezpieczeństwo, bo tylko 9% z nich jeździ w kaskach. Po pierwsze, z badań ruchu wynika, że ok. 20%. Po drugie, bezpieczeństwo wynikające z jazdy w kasku jest dyskusyjne. Ja sam jeżdżę w kasku, ale powiedzmy sobie szczerze -- przy zderzeniu z samochodem bardzo mi on nie pomoże. Na co dzień chroni moją głowę przez gałęziami, bo akurat taką zadrzewioną trasą się przemieszczam. Gdyby chciał Pan napisać o rzeczywistym zagrożeniu powodowanym przez rowerzystów, mógłby się Pan pofatygować na jakąkolwiek DDR w Warszawie (polecam Puławską i Prymasa Tysiąclecia) -- tam nagminnie spotyka się po zmroku nieoświetlonych rowerzystów. Dyskutujmy rzetelnie, bo i kierowcy, i rowerzyści mają sporo za uszami, ale przydałoby się przytoczyć konkretne liczby, jeśli już chce się poruszyć taki temat.

Co do obowiązkowej karty rowerowej, to trochę na to za późno, bo już mamy w Warszawie kilkadziesiąt tysięcy rowerzystów w sezonie i ciężko będzie ich wszystkich wyłapać, a następnie zmusić do zrobienia kursu. Poza tym, jak dowodzą posiadacze prawa jazdy, zdobycie uprawnień, nie musi wiązać się z przestrzeganiem przepisów. Przydałyby się (dobrowolne) warsztaty organizowane przez miasto. Rozwiązaniem, które by zadziałało, byłoby poświęcenie ruchowi drogowemu więcej czasu w szkołach -- zajęciom teoretycznym i praktycznym. Niestety na efekty trzeba będzie poczekać.

Addendum

Pan Łukasz Zboralski w swoim artukule w Do Rzeczy (36/2016) również upuścił trochę żółci w myśl maksymy "nie znam się, to się wypowiem". Na szczęście jego kalumnie sprostował pan Łukasz Malinowski odpowiadając swoim artykułem.

czwartek, 24 września 2015

Wożenie dupska

Z listów do redakcji warszawa.wyborcza.pl

Szanowni Państwo,

chciałbym zabrać głos w odpowiedzi na listy czytelników w sprawie zwężania ulic. Czytelnicy podnoszą lament, ale ich argumenty są nielogiczne i niepotrzebnie grają na ludzkich emocjach. Rozbierzmy na czynniki poszczególne wypowiedzi.

Uważam, że jest to wielkie nieporozumienie. I pomysł utopijny wzięty żywcem z podręczników "Jak sprawić, by ludzie żyli długo i szczęśliwie".

Pilnie trzeba nadać telegram do Holandii, że tam się wszystkim tylko wydaje, że jeżdżą rowerami, a tak naprawdę siedzą za kierownicą samochodu.

Autorom takich pomysłów, wywodzących się głównie z szeregów rowerzystów, podpierających się obrazkami ulic skapanych w słońcu i zieleni, pełnych szczupłych i zdrowych ludzi,...

Niezbyt celna złośliwość. Ładne ulice i zdrowi ludzie mają kogoś zniechęcić?

...chciałbym polecić jazdę samochodem w godzinach szczytu w sytuacji, gdy dojdzie do np. drobnej kolizji na jednej z ulic w centrum. Już w tej chwili jest to horror a w sytuacji zwężonych ulic będzie to horror do kwadratu.

I tu czytelnik strzela sobie w stopę i zarazem przechodzi do sedna problemu. Samochodów w Warszawie jest po prostu zbyt dużo i już się nie mieszczą.

Te wszystkie wypowiedzi, że transport miejski + rowery wszystko załatwi są funta kłaków warte, ponieważ nie wszyscy lubią i chcą jeździć rowerami a komunikacja miejska tylko częściowo załatwi sprawę.

Rowerem nikt nie każe przecież jeździć. Komunikacja miejska za to działałyby o wiele lepiej, gdyby samochody nie generowały takich korków. Poza tym to nie jest kwestia tego, czy ktoś coś lubi, czy nie. Nie jesteśmy 4-letnimi dziećmi, żeby nie rozumieć, że ze swych egoistycznych zachcianek trzeba czasem zrezygnować w imię lepszego życia całości. Ludzie uwielbiają jeździć samochodami pojedynczo, najlepiej wielkim SUV-em. Nie chcą lub nie potrafią się zorganizować w grupki. To powoduje, że prywatny środek transportu zajmuje za dużo powierzchni.

Nie można ludziom zakazywać posiadania i wykorzystywania samochodu...

Przecież nikt nie zakazuje. Ale można by za to dopilnować, by po warszawskich ulicach nie jeździły stare graty z wyciętymi katalizatorami i filtrami cząstek stałych, bo się posmarowało mechanikowi na ostatnim przeglądzie. Mi na przykład przeszkadza, że w Warszawie często przekroczone są normy dla pyłów i innych szkodliwych lotnych substancji.

...proszę popatrzeć, co dzieje się rano i wczesnym popołudniem przed szkołami, przedszkolami czy żłobkami i nakazać tym ludziom dowożenie dzieci przy pomocy roweru.

W Wyborczej pojawiały się już artykuły na temat dzieci, które nie potrafią się poruszać samodzielnie po mieście. Rośnie pokolenie, które będzie naśladowało szkodliwe nawyki rodziców. Dlaczego dzieci nie mogą same dojechać do szkoły?

Poza tym to jest jak odwrócony proceder wywożenia swoich śmieci do lasu. Tutaj rodzina stwierdza, że w mieście jest smród spalin i głośno, bo dużo samochodów (w tym ich własny). Wyprowadza się więc na koniec świata (pod Warszawę), gdzie nie ma przedszkoli i szkół -- tylko sypialnie. A potem wozi te swoje dzieci przez pół miasta. Robi problem sobie i tym, którzy postanowili zostać w okolicach śródmieścia. Podrzucają swój egoizm ucieleśniony w hałasie, spalinach i agresji na drogach. Urban sprawl to spory problem.

Polecam też podróż do lekarza tandemem albo rikszą podczas niskich lub wysokich temperatur. - pisze nasz czytelnik A.R.
Zamknijmy całe miasto dla samochodów, otwórzmy je dla rowerów, w zimie dostawy pieczywa i mleka też rowerami. Ci, co tak gardłują, niech pokażą charakter i całą zimę niech jeżdżą rowerami do pracy."

I na koniec manipulacja ostateczna. Sedno sprawy zasadza się na tym, by nie poddawać się swojemu lenistwu i nie korzystać z samochodu, kiedy nie ma takiej wyraźnej potrzeby. Nikt rozsądny nie każe rozwozić towarów rowerami. Też mam samochód -- wykorzystujemy go do robienia większych zakupów i wypadów za miasto tam, gdzie nie da się dojechać wygodnie pociągiem. Na co dzień do i z pracy przemieszczam się jednak rowerem i komunikacją miejską. W zimę również -- okazało się, że to nic strasznego.

Jeszcze co do jechania do lekarza samochodem. Parę tygodni temu postanowiłem przeziębiony jechać do lekarza w okolicy Służewca. Skończyło się to tak, że musiałem zostawić samochód 2km od placówki medycznej i się przespacerować. Jak codziennie w Mordorze setki samochodów stały blokując przy okazji transport publiczny. Znów -- egoizm i wygodnictwo. Ale kierowcy nadal będą udawać, że problem nie leży w nich samych, ale tych eko-terrorystach na dwóch kółkach.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Sherlock: The Empty Hearse

Wstęp

Całkiem niedawno pojawił się wyczekiwany pierwszy odcinek trzeciego sezonu serialu Sherlock. Holmes wyjawia w tym odcinku, a przynajmniej tak twierdzi, sposób w jaki udało mu się upozorować własną śmierć. Wydaje mi się jednak, że w tym przedstawieniu są luki. Może widzę je tam, gdzie ich nie ma, może Sherlock nie wyjawia całej prawdy, a może to dziura w scenariuszu bądź realizacji. Byłbym wdzięczny, gdyby ktoś ulżył mi w cierpieniu i podjął dyskusję. Moje wątpliwości poniżej ułożone są od najmniej istotnej.

Na początek - dla ustalenia uwagi, miejscem upadku jest chodnik przed St Bartholomew's Hospital, miejsce istniejące w rzeczywistości.



Kwestia nr 1

Wydaje się, że to pierdoła realizatorska. W różnych ujęciach śmieciarka raz stoi, raz jedzie, czasem między ujęciami zasłania Sherlocka bardziej niż powinna - jakby się cofnęła.

Kwestia nr 2

Wyrzucenie ciała przez okno. Kadry z wnętrza budynku wydają się sugerować, że ciało zostało wyrzucone z poziomu wyższego niż pierwsze piętro. To dawałoby dość spore prawdopodobieństwo, że Watson zobaczy wypychane ciało, nawet zza budynku, przy którym stoi.




Z drugiej strony Molly widzimy z zewnątrz w oknie pierwszego piętra (drugim od lewej?), koło którego przelatuje Sherlock.


Kwestia nr 3

Po co właściwie było fałszywe ciało? Czy Sherlock zaraz po tym, jak zszedł z poduszki nie mógł się położyć na chodniku zamiast tego ciała? Czy z daleka nie byłby jeszcze lepszym trupem niż z bliska?

Zrzucony sztywniak jest zimny, więc krew z niego nie trysnęła na wszystkie strony. W ujęciu przed przejechaniem Watsona rowerem nie widać plamy krwi na chodniku, nie widać jej również, gdy prawdziwy Sherlock się na nim kładzie. Plama pojawia się dopiero po rozlaniu jej z torebki.



Sztywniak nie był zakrwawiony w momencie zrzucania. Nie widać na nim plam, gdy już leży na chodniku. Sherlock wygląda na bardziej zmasakrowanego po tym, jak charakteryzator za budynkiem umazał mu czoło.

No właśnie - charakteryzator jedynie maże czoło. Trwa to raptem kilka sekund. Procedurę widać z dwóch ujęć - z daleka, gdy poduszka ucieka oraz z bliska, gdy Sherlock jest mazany. Czy nie można było tego zrobić od razu przy poduszce? Charakteryzator uciekłby z łatwością, skoro zrobili to ludzie z poduszką. Mógłby też uciec śmieciarką albo w ogóle nie uciekać.



Jola poddała ciekawą teorię - prawdziwy Sherlock mógłby za bardzo dyszeć i być czerwony na twarzy z powodu skoku, by dobrze udawać trupa nawet z daleka. Jednak brak bezpośredniego dowodu na to, że by tak było. W scenie jest cały czas blady i nie dyszy.

Podsumowanie

Mój problem rozwiązałby wymóg dłuższego czasu charakteryzacji za budynkiem - jakieś bardziej wyszukane pęknięcia twarzoczaszki. W bieżącym wykonaniu większość charakteryzacji odbywa się już na chodniku, gdy Watson jest chwilowo nieprzytomny.

Czy ktoś ma jakieś pomysły?

niedziela, 11 grudnia 2011

Wykonanie systemu informacji pasażerskiej na stacjach Warszawa Wschodnia/ Warszawa Stadion oraz Warszawa Zachodnia/Warszawa Wola

Znakomicie - koleje rozpędzają się z wdrażaniem systemów informacji pasażerskiej. Wydawać by się mogło, że należy się tylko cieszyć. Z radością przywitam te systemy. Jednak sposób, w jaki się do tego zabrano powoduje, że jest kolejny powód do narzekania.

Niedawno pisałem, że cieszę się z powodu systemu, który będzie wdrażany na Centralnym. W dokumentach do tamtego przetargu można było wyczytać, że na razie chodzi o Centralny, ale system ma umożliwiać rozszerzenie na cały węzeł warszawski. Autorem tamtego przetargu była spółka PKP SA, Oddział Dworce Kolejowe. Warto przy okazji zaznaczyć, że to nie to samo co spółka Dworzec Polski.

Teraz przetarg ogłosiły PKP PLK SA. Wydaje się, że przetarg swym zakresem pokrywa się częściowo z tym poprzednim w tym sensie, że mowa tutaj o stacjach Warszawa Wschodnia, Stadion, Zachodnia, Wola. Domyślam się, że stacje te należą do węzła warszawskiego. Funkcjonalność z punktu widzenia pasażera ma być podobna.

Informacje można znaleźć w serwisie przetargowym PKP PLK SA. Przetarg ma identyfikator "IRO1ZAe-216-29/11" oraz tytuł "Wykonanie systemu informacji pasażerskiej na stacjach Warszawa Wschodnia/ Warszawa Stadion oraz Warszawa Zachodnia/Warszawa Wola".

W przetargu określone zostały wymagania dotyczące wdrażanego systemu. Brzmią one inaczej niż w przypadku poprzedniego przetargu. Nie wiadomo, czy systemy będą kompatybilne. Dokumenty pisały prawdopodobnie zupełnie różne zespoły, ponieważ różnią się one znacząco i w treści, i w formie. Dokumenty wydają się nieprecyzyjne i chaotyczne. Do tego oczywiście zostanie jeszcze dołożona po raz kolejny infrastruktura serwerowa. Mocy obliczeniowej i różnorodności w systemach będzie tyle, że do Euro 2012 zyskają one samoświadomość.

Polecam przeczytać pytania i odpowiedzi do przetargu. Jest ich całe mnóstwo. Obszerność dokumentów wynika między innymi z tego, że po drodze zmieniono zdanie odnośnie licencjonowania oprogramowania, które ma powstać. Ciekawsze są jednak fragmenty sugerujące, że potencjalnym wykonawcom ciężko będzie oszacować koszty. W dokumencie "Odpowiedzi na pytania-30.11.2011r" można wyczytać, że prace będą odbywać się na terenie należącym do różnych właścicieli (pytanie 27.). Nie wiadomo tak naprawdę, czy ci właściciele są przygotowani do nadchodzących prac (pytanie 28.). Najlepsze jednak kawałki dotyczą poważnego niedoinformowania samego zamawiającego w zakresie wnętrzności pola bitwy. Pytanie 30. to przygrywka. W odpowiedzi 34. potencjalny wykonawca odsyłany jest do właścicieli istniejącej infrastruktury (czyli właściwie kogo?) oraz do Kolejowego Ośrodka Dokumentacji Geodezyjnej po archiwalne mapy. Oprócz tego okazuje się, że zostało oddzielnie zlecone (nie wymieniono identyfikatora przetargu) wykonanie map do celów projektowych. Niestety, jeśli wszystko dobrze pójdzie, to mapy będą dostępne w połowie stycznia. Tymczasem otwarcie ofert jest już (po przesunięciu) 12. grudnia. Dla mnie to jest kpina.

Przez tyle lat na Zachodnim trzeba było nasłuchiwać komunikatów głosowych, bo tablic tam brak. Czasem brakowało nawet rozkładów papierowych. Jaśnie państwo obudzili się, że w sumie to może by się takie cudo przydało, bo inaczej na Euro będzie wstyd. Ciekawe, ile będzie miał ten sprzęt szansę podziałać -- to tak w kontekście tego drugiego przetargu oraz planowanej przebudowy Zachodniego.

Edit @ Sat, 24 Dec 2011 15:29:33 +0100

Oferty wyglądają następująco:

15 mlnTK Telekom + SOLARI DI UDINE SPA
23 mlnPKP Informatyka + KZŁ

Przy okazji można przypomnieć, jak wyglądały (pierwsze trzy) oferty do poprzedniego przetargu:

5 mlnSOLARI DI UDINE SPA + LUXMAT - TELECOM
8 mlnPKP Informatyka + KZŁ
11 mlnTK Telekom

Firma SOLARI DI UDINE SPA ponownie próbuje swych sił. Być może tym razem wygra z PKP Informatyka. Tak czy tak, część zlecenia zrobi ktoś z rodziny PKP, bo przecież i TK Telekom do niej należy.

Edit @ Mon, 16 Jan 2012 23:16:18 +0100

Jak donosi Rynek Kolejowy oraz Kurier Kolejowy - podpisano umowę z konsorcjum TK Telekom + SOLARI DI UDINE SPA.


Edit @ Fri, 21 Jun 2013 11:46:46 +0200

No proszę, UTK zauważył problem i nałożył kary.

czwartek, 29 września 2011

Nie czyszczę fug szczoteczką

W nawiązaniu do lamentu w Wyborczej zamieszczam list wysłany redakcji.


W artykule skupili się Państwo na ludziach, którzy popełnili bardzo poważny błąd wybierając kierunek studiów. Masowa produkcja menedżerów i psychologów trwa od lat, a absolwenci nadal wydają się być zdziwieni, że jest ich za dużo i są niepotrzebni.

Wydaje się również, że z jakiejś przyczyny nie docenia się dziś prostej pracy. Mało kto chce być stolarzem czy spawaczem. I nie chodzi tu o zaprzyjaźnionego pana Heńka, który za flachę zbije dwie deski i przyspawa rurkę do innej rurki. Chodzi o fachowców. Stolarza, który zrobi stół trwalszy niż wiórki sklejone śliną w IKEI. Panuje dziwna moda na produkcję konsultantów, menedżerów, ludzi, którzy mają doradzać innym, choć w zasadzie nie ma to kompletnie sensu. Oczywistym jest, że osoba bez doświadczenia zawodowego nie ma szans poprawnie wykonywać takiego zawodu. Wydaje mi się, że doradzać można tylko w tematach, o których coś się wie. Tzn. najpierw zdobywa się rzetelną wiedzę techniczną, medyczną czy jakąkolwiek inną, którą można wykorzystać do wytworzenia rzeczywistego nowego dobra. Doradztwo powinno być jedynie pobocznym następstwem wcześniejszej pracy. Niejako emeryturą, gdy ponowne wykonywanie tej samej czynności staje się nudne, a doświadczenie pozwala na wyrecytowanie z pamięci metod i procedur oraz ulepszanie ich.

Skończyłem informatykę na Politechnice Warszawskiej. Oprócz dyplomu worki pod moimi oczami kryją kawał wiedzy, którą zdobywałem samodzielnie przez te kilka lat, a właściwie od czasów liceum. Problemów ze znalezieniem pracy nie miałem. Podobnie zresztą jak koledzy. Pracujemy w zawodzie od pierwszego pracodawcy. Pierwszą pracę na pół etatu podjąłem już na studiach.

Oczywiste jest, że nie każdy ma być informatykiem. Chodzi o to, by wybierać studia, po których jest się w stanie cokolwiek wytworzyć. Inaczej już niedługo menedżerowie nie będą mieli czym zarządzać, czyli przetwarzać.

Osobną kwestią są statystyki dotyczące zarobków. Wydają się niesamowicie zawyżone. W branży IT rzeczywiście często zarabia się powyżej średniej krajowej. Z drugiej jednak strony nie widzę możliwości, by za taką pensję jednocześnie wynająć mieszkanie, żywić się w miarę przyzwoicie i odkładać pieniądze na przyszłą emeryturę (bo na państwową nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy).

Nad wspomnianymi młodymi ludźmi, jeśli w ogóle istnieją i nie wymyślili ich Państwo, nie ma sensu się znęcać. Chociaż trudno byłoby mi się powstrzymać przed stwierdzeniem, że skupiają się Państwo na pierdołach, zamiast na prawdziwym powodzie ich problemów. Opowieść o paznokietkach i pogaduchach z psiapsiółkami? Poważnie, to ma być artykuł o rynku pracy?

Napisali Państwo właściwie tekst propagandowy. Przydałaby się raczej statystyka, jakie wykształcenie daje duże szanse na pracę oraz które szkoły produkują absolwentów pracujących w wyuczonym zawodzie. Odnośnie wypowiedzi w artykule, że winny jest też rząd, można rzec, że rząd w zasadzie mówi po prostu to, co ludzie chcą usłyszeć. Sami obywatele muszą w końcu zrozumieć, że produkowanie nic nieznaczących papierów prowadzi do katastrofy -- osobistej i państwowej.

Mieszkam w Warszawie. Mieszkanie wynajmuję z trzema kolegami na Ursusie. Poruszam się transportem publicznym, samochodu nie posiadam. Zdobywam pierwsze szlify, które w przyszłości być może pozwolą mi również doradzać.

czwartek, 22 września 2011

System Informacji Dynamicznej Pasażerskiej (SIDP) dla Dworca Kolejowego Warszawa Centralna

Z radością przyjąłem informację, że PKP Dworce Kolejowe zamierza wprowadzić System Informacji Dynamicznej Pasażerskiej (SIDP) dla Dworca Kolejowego Warszawa Centralna, a w przyszłości również na okolicznych 30 stacjach i przystankach Warszawskiego Węzła Kolejowego.

System ma działać po około 6 miesiącach od momentu podpisania umowy.

Duża radość, mam nadzieję, że system zadziała. Ideowo ma stanowić rozszerzenie już działających udogodnień dla pasażerów. Mają być nowe tablice w hali głównej i na peronach. Podstawową zaletą nowego systemu ma być uwzględnianie rzeczywistej sytuacji na torach -- mają być czujniki, które pozwolą określić, czy pociąg już wjechał/odjechał na/z peronu. W tej chwili na Centralnym stoją terminale wyświetlające informacje o opóźnieniach i zmianach peronów -- tę funkcję ma uwzględnić i nowy system. Miejmy nadzieję, że precyzja informacji będzie większa niż obecnie. Oprócz tego zapowiedzi czytane przez automat, informacja o układzie wagonów oraz ich rozmieszczeniu w sektorach.

Ekrany mają być sterowane przy pomocy komunikacji kablami dwużyłowymi, preferowana technologia VDSL2. W tym ma być opakowane TCP/IP. Dodatkowo zdalne sterowanie z wykorzystaniem VPN. W samej serwerowni i sterowni Ethernet. Preferowany Linux.

W cenie postawienie serwera NTP (system ma działać wg czasu urzędowego lub innego zegara atomowego).

W infokioskach ma działać też kolejny system wyszukiwania połączeń. Chociaż część danych będzie pewnie korespondować z tym, co posiada HAFAS, to jednak ten opóźnień nie uwzględnia. Nowy system, by być naprawdę użytecznym, musiałby przerosnąć HAFAS, co jest wątpliwe, biorąc pod uwagę, że wyszukiwarka nie jest czymś, co przebija się najsilniej z OPZ. Poza tym SIDP powinno interesować to, co dzieje się z pociągami jadącymi przez Warszawę i okolice, w związku z czym dla dalszych podróży pewnie nadal trzeba będzie użyć systemu HAFAS.

Opis zamawianego systemu wydaje się mało dokładny. Można było pokusić się o jakieś przejrzyste graficzne schematy współdziałania baz danych, w szczególności w kontekście eksportu dla operatora i jego poprawek na gorąco.

Dokumenty zawierają też dziwaczne definicje technologii LCD i TFT oraz niedookreślone hasła "wav" czy "prosta grafika w formacie bmp".

Najbardziej martwiącym elementem (jak zwykle w przetargach) jest kryterium wyboru oferty. Tradycyjnie 100% punktów za cenę. Martwi to o tyle, że najtańsza oferta opiewa na ok. 5 mln PLN, a najdroższa na 15 mln PLN. Spora różnica.

Edit @ Sun, 11 Dec 2011 00:47:27 +0100
Okazało się, że przetargu nie wygrało jednak konsorcjum, które zaproponowało najniższą cenę. Stało się tak po odwołaniu do Krajowej Izby Odwoławczej. Aktualnie wygranym jest konsorcjum PKP Informatyka i KZŁ Sp. z o.o.

środa, 29 grudnia 2010

Narodowy Szyfrator

Wstęp

Dziś media przywitały mnie doniesieniem, iż Polska dysponuje bronią ostateczną. Wunderwaffe wyprodukowana została przez WAT do spółki z WASKO SA. Ma być czymś na miarę współczesnej Enigmy. Chociaż urządzenie rzeczywiście może być dobre, to media mam wrażenie przesadzają i nakręcają się niepotrzebnie. Tym samym wg mnie szkodzą. W tym artykule nie ma nic szczególnie odkrywczego, ale a nuż urodzi się z tego ciekawsza dyskusja niż na forum gazety.pl :)

Jak zwykle w takich sytuacjach, można spotkać opinie, że pudełko jest bezpieczne m.in. dlatego, że zastosowane metody kryptograficzne są tajne. Powszechnie uważane za bezpieczne RSA i AES są jawne. Za to karty MIFARE są super tajne.

Utrzymanie w tajemnicy konstrukcji pewnie rzeczywiście spowoduje, że atakujący będzie musiał zakupić więcej skrzynek do testów, by w końcu się dostać do środka nie powodując utraty klucza.

Najpełniejszy obraz tego, co siedzi w środku, póki co dały mi dwa wywiady:

  • radiowy - z panem Jerzym Gawineckim, który jest mózgiem operacji,
  • wideo - z panem Krzysztofem Mańkiem oraz Jerzym Gawineckim.

Pierwszy zgrałem z radia i udostępniłem. Mam nadzieję, że nie łamię przy okazji prawa.

Drugi dostępny jest na stronie gazety.pl.

Na podstawie wywiadów...

Argumentem za użyciem takiego urządzenia ma być m.in. niedawny przypadek wielkiego wycieku danych do Wikileaks. Tak mówi pan Gawinecki w wywiadzie wideo. Obawiam się jednak, że to nie był problem technologii, ale sposobu obchodzenia się z tajnymi danymi. Co jest bliższe wersji przedstawianej przez tego samego człowieka w wywiadzie radiowym. Chociaż sprzętowa kryptografia, o ile wiem, może być bezpieczniejsza niż realizowana przy pomocy PCeta.

Jakiś szyfr asymetryczny w środku wykorzystuje krzywe eliptyczne. Martwi nieco stwierdzenie, że użyto tajnych "własnych koncepcji (bezpiecznych) opartych na krzywych eliptycznych". Wywiad sugeruje, że algorytmu nie widział nikt spoza WAT.

Użyty szyfr symetryczny to AES-256. Też można się zastanawiać, czy modyfikacja względem "wadliwej" realizacji NSA nie powoduje innych nowych możliwości ataku.

Co do FPGA - może jest to jakaś nowość ze względu na konkretnie tu użyty sprzęt. Bo samo FPGA w kryptografii nie jest nowe. Mój współlokator w ramach pracy inżynierskiej realizował taki projekt. Z radości - dzięki FPGA można przeprogramować urządzenie, by realizowało jakikolwiek inny algorytm.

Propozycja, by pan redaktor łączył się z bankiem przy pomocy tego urządzenia po drodze nie wydaje się szczególnie dobra. I tak najsłabszym ogniwem byłby sam system operacyjny pana redaktora. A póki co mechanizmy kryptograficzne zaimplementowane w przeglądarkach powinny wystarczyć.


Uzupełnienie 01.2014

Dla porządku jeszcze wrzucam link do czegoś, co jest konkurencją lub rozwinięciem powyższego urządzenia. Oto CompCrypt ETA MIL 10P N7, zawierający "niejawny algorytm szyfrujący", który powoduje, że jest on "nie do złamania".

Odnośnie natomiast komentarza dotyczącego krzywych eliptycznych - inaczej, niż zasugerowano mi to w komentarzu poniżej, nie są z zasady one odporne na łamanie. Niestety okazuje się też, że ufam NIST nieco na wyrost. Co prawda dobierają krzywe tak, by było bezpiecznie, ale z tym drobnym zastrzeżeniem, że bezpieczeństwo być może gwarantuje między innymi to, że NSA sprawdza, czy aby nie spiskujemy.

niedziela, 28 listopada 2010

Bank BPH - kilka powodów, by nie mieć tam konta

Współpraca

Tym razem chciałbym się podzielić wrażeniami z posiadania oraz pozbywania się konta w banku BPH.

Kilka lat temu założyłem konto Student w BPH. Akurat obowiązywała promocja polegająca na tym, że prowadzenie konta kosztowało 0 PLN. Chociaż był oczywiście haczyk. Od posiadacza bank wymagał wpływów w wysokości minimum 50 PLN miesięcznie. W przeciwnym wypadku mógł ukarać klienta kwotą liczoną w tysiącach PLN. I co to znaczy, że bank może mnie ukarać? To jest konkretny regulamin, czy go nie ma?

Chociaż klauzula ta brzmiała szatańsko, to 50 PLN nie jest jednak kwotą szczególnie wygórowaną.

Wtedy jeszcze korzystałem z systemu operacyjnego z okienkiem w logo. Światły dział informatyczny banku zadbał przede wszystkim o takich klientów. By dokonać przelewu przy pomocy przeglądarki Firefox, należało zainstalować magiczny dodatek od BPH służący do podpisywania przelewów. Już było zabawnie.

Jednak prawdziwa rozrywka zaczęła się po zmianie systemu na GNU/Linux. W tym przypadku przede wszystkim potrzebna była Java. Ponieważ szczerze nie znoszę środowiska programistów Javy, już na powitanie był powód, by pod nosem wydać z siebie kilka niecenzuralnych fraz.

Jak każdy programista Javy wie, język ten jest wszechstronny, szybki i przenośny. Dlatego właśnie na systemie skonfigurowanym z locales na pl_PL.utf8 nie dało się wykonać przelewu. Okazało się, że cały ten syf działa dopiero po ustawieniu locales na latin-2. Żeby jeszcze było to napisane w instrukcji...

Z biegiem miesięcy robiło się coraz lepiej. Po którejś aktualizacji oprogramowania utraciłem możliwość wykonywania przelewów. Aplikacja Javowa po prostu zawieszała mi Firefoksa. Zacząłem więc szukać jakiegoś zestawu wersji programów, dla którego wykonanie przelewów jednak mogło się udać. Okazało się, że Opera 9 + Java 1.5 jest takim zestawem. Warto wspomnieć, że w tym czasie Opera 10 i Java 1.6 nie były świeżynkami.

Jako anegdotkę można wspomnieć fakt, że w międzyczasie z panelu internetowego zniknęła mi karta płatnicza, chociaż nadal działała i jak najbardziej obciążała mi konto.

Likwidacja

Pewnego dnia okazało się, że pewnie niedługo skończę jednak studia i pewnie przestając być studentem naruszyłbym jakiś punkt umowy z bankiem. Postanowiłem więc, że zakończę współpracę. Założyłem konto u konkurencji. Nadszedł więc czas na zerwanie umowy i wyniesienie pieniędzy.

Wniosek trzeba było złożyć w placówce. Zdaje się, że istotne było, bym złożył wniosek koniecznie w tej placówce, gdzie konto zakładałem. Szczęśliwie dojazd nadal jest dogodny.

Przyszedłem więc do placówki i zakomunikowałem, że chciałbym zakończyć współpracę. Dostałem do podpisania wniosek. Pani trochę sobie poklikała i postukała w klawiaturkę. Dosłownie kilka sekund po tym jak stwierdziła, iż dokonało się dzieło, wysiadł w placówce prąd. Gdy nóżka powija się takim tandeciarzom, mą głowę zalewają endorfiny. Jednak z drugiej strony... Przecież to placówka w centrum Warszawy, a nie mają sprawnych UPSów?! Grubo. Za chwilę komputery zaczęły się z powrotem włączać. Wszystkie z systemem, którego nazwy nie wymienię, a jakże -- wiadomo przecież, że jest najbezpieczniejszy na świecie i warto go użyć w banku.

Popełniłem niestety przy okazji błąd. Co prawda na swojej kopii wniosku o likwidację miałem stempel z datą, nie wpisałem jednak daty na wniosku, który dostał bank. O efektach tego niedopatrzenia za moment.

Tymczasem stwierdziłem, że skoro likwidują mi konto, to może uda się atomowo przeprowadzić operację "zamknięcie konta + przelanie środków". Nic podobnego. Pani zakomunikowała, że może mi pieniądze wypłacić na miejscu. Mogę też dokonać przelewu za 8 PLN. Nie będąc świadomym tego, że przez miesięczny okres wypowiedzenia będę dysponował panelem internetowym i będę mógł sam wykonać przelew, zgodziłem się na potrącenie mi tych 8 PLN i wyzerowanie konta. Jak się później okazało pani w banku nie umie liczyć, bo konto nie zostało opróżnione do zera, troszkę zostało. Na kilka bułek, gdybym zgłodniał wieczorem.

To zabawne, tym bardziej że pani pogroziła, że jeśli konto w dniu próby jego zamknięcia nie będzie wyzerowane, to nie zostanie zamknięte. I tym samym dojdą nowe problemy.

Oczekiwanie

Po miesiącu konto nadal nie było zamknięte, więc zadzwoniłem kilka razy na infolinię, żeby dowiedzieć się, co jest grane. Przy okazji okazało się, że bank w międzyczasie zaczął potrącać 35 groszy za kody jednorazowe wysyłane SMSem. Nie udało mi się natomiast ustalić przy pomocy infolinii, czy BPH nie raczy mi przez ten miesiąc naliczyć jakichś opłat albo czy w ostatniej chwili nie wyliczy jakichś odsetek i tym samym uniemożliwi zamknięcie konta.

Okazało się również, że w systemie rzekoma data złożenia wniosku o likwidację konta jest odległa o dwa tygodnie od daty, którą mam na swojej kopii wniosku.

Ten porządek w dokumentach skłonił mnie do kolejnych odwiedzin w placówce. Zapytałem panią, czy mogłaby mi wydrukować jakieś potwierdzenie z systemu. Pani zaczęła od odpalenia arkusza w Excelu, który udostępniony był po SMB w sieci lokalnej. To już była kupa radości. Ale brnąłem dalej. Pani sprawdziła jeszcze w jednym z systemów, których w BPH dostatek (webowy, niebieski dosopodobny i nie wiadomo, co jeszcze). No i tu się pojawia kwestia wydruku z tego systemu. Ostatecznie pani wybrała następującą procedurę:

  1. Wyrównujemy suwakiem okna Internet Explorera zakres treści
  2. Wciskamy Print Screen na klawiaturze
  3. Dziwimy się, że się nie wydrukowało
  4. Otwieramy Worda
  5. Wklejamy schowek do Worda
  6. Drukujemy
Coś pięknego. Na wniosku kupa fajnych rzeczy, ale brak stwierdzenia, że któryś z kodów oznacza wniosek o likwidację czegokolwiek. Wśród adnotacji coś, że się nie kwalifikuję do czegoś tam. Też mi nowina, WKU już mi to wcześniej powiedziało.

Finisz

Mniej więcej po miesiącu od daty, którą miała w notatniku Szkolna Kasa Oszczędnościowa, konto zniknęło z panelu internetowego. No i pojawiła się kwestia. Skoro nie mam już konta, to dlaczego mam jeszcze dostęp do panelu? Pani na infolinii nie była mi w stanie odpowiedzieć z całą pewnością, bo z jakiegoś powodu nie mogła sprawdzić, czy mam produkty inwestycyjne. Ostatecznie stwierdziła, że to błąd banku. Poszedłem więc po raz trzeci do placówki i poprosiłem o odcięcie mi dostępu do panelu. Teraz poczekam. Jeśli przez najbliższy rok nie przyjdzie żadne żądanie zapłaty, uznam, że bankowi wreszcie udało się zamknąć konto.

Bardzo Piękna Historia.

Przy okazji dodam, że heurystyka w banku ING dotycząca kwalifikacji "przelew fajny/przelew podejrzany" jest dużą ciekawostką. Bo jak wszyscy wiedzą -- najlepsze bezpieczeństwo uzyskuje się poprzez utajnienie algorytmu (najlepiej własnej produkcji).

środa, 13 października 2010

Pomoc, Dźwigowa

Wyjątkowo telewizja nie kłamie. To, co dzieje się teraz podczas prób ucieczki z Ursusa to tortura. 189 z objazdem nie wiadomo po co wokół PKP Włochy, magicznie zamieniający się w 189 na Sadybę podczas kilkusekundowego postoju. 129 nie jeździ, bo nie przedostałby się pod wiaduktem. Z-9 to jakiś ponury żart. Wydostać się rano przez Popularną? Nie ma co próbować bez maszynki do golenia. SKMek na PKP Włochy nie widać. Same KM, wszystkie zapchane. Wersję obrazkową zapewnia TVN Warszawa w swoich dwóch reportażach.

No to teraz można czekać na zakończenie jednoczesnych prac na Dźwigowej, na torowiskach i przy estakadzie przy wylocie z Kleszczowej...

środa, 21 lipca 2010

Pole Mokotowskie z wysypiskiem śmieci w tle

To już 6 lat jak mieszkam w warszawskim akademiku Politechniki. W pobliżu znajduje się całkiem ładny i duży park zwany Polem Mokotowskim (nie "Polami Mokotowskimi"). Niestety jego część stanowi teren MPO, czyli tych ludzi, którzy wożą śmieci. Tak się składa, że oficjalnie jest to baza MPO. Nieoficjalnie smród w okolicy jest ciężki. Szczególnie w ciepłe dni po deszczu. Chmura odoru niesie się kilkaset metrów. Napisałem więc do MPO i Urzędu Miasta z zapytaniem, co oni na to. List brzmiał tak:

Witam,

piszę, ponieważ ręce mi już opadają. Co roku z terenu MPO na Polu Mokotowskim dobywa się nieprzyjemny zapach. Niestety w tym roku, gdy często po dniu deszczowym, następuje dzień słoneczny i ciepły, to coś składowane na w/w terenie gnije wyjątkowo dobrze, a smród staje się nie do zniesienia. Teren śmierdzi jak pospolite wysypisko śmieci. Mało tego, że ciężko przejść czy przejechać główną alejką bez odruchu wymiotnego, to gdy wiatr jest "sprzyjający", woń czuć w okolicach ul. Waryńskiego.

Chciałbym wiedzieć, czy nie martwi UM, że tarzają się w tej zupie dzikie zwierzęta i roznoszą nie wiadomo co po okolicy. Co z wodami gruntowymi? Czy nie jest przypadkiem tak, że ekstrakt z odpadów trafia wraz z wodą do licznych zbiorników wodnych w parku?

Chciałbym wiedzieć, czy UM zamierza coś z tym zrobić, czy skończy się tradycyjnie na obietnicach.

Żeby docenić ten fetor, polecam udać się w cieplejszy dzień na Pole Mokotowskie. Ekstremalne doznania gwarantowane.

I wbrew mym oczekiwaniom doczekałem się dwóch odpowiedzi. Od MPO:

Szanowny Panie,

Dziękuję za maila. Uprzejmie informuję, że zgodnie z uchwalonym przez Radę Miasta Stołecznego Warszawy planem zagospodarowania przestrzennego Pola Mokotowskiego z dnia 18 czerwca 2009 r. nr LVII/1706/2009 r., na mocy którego ustalono ukształtowanie terenu przy ul. Niepodległości 213, jako zespołu terenów parkowych, zieleni urządzonej oraz towarzyszących obiektów sportowych i usługowych oraz mając na uwadze fakt, że jest to teren rekreacyjny, Spółka podejmuje działania w zakresie przeniesia swojego Zakładu z tego terenu. Jesteśmy w trakcie pozyskiwania nowego terenu do realizacji zadań w zakresie zimowego i letniego oczyszczania miasta. Chcemy, aby przeniesienie nastąpiło jak najszybciej.

W przypadku dodatkowych pytań służę pomocą.

Oraz od Urzędu Miasta:

OŚ-II-GCI-0717/22-1/10
Warszawa, dnia 20 lipca 2010 r.

Dot. maila z dnia 20 czerwca 2010 r. w sprawie uciążliwości zapachowych odczuwanych w okolicy Pola Mokotowskiego.

W nawiązaniu do ww. maila, Biuro Ochrony Środowiska informuje, że Pana skarga przekazana została do Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania w m.st. Warszawie Sp. z o.o. oraz do Biura Nadzoru Właścicielskiego Urzędu m.st. Warszawy, sprawującego nadzór nad tym przedsiębiorstwem, z prośbą o ustosunkowanie do stawianych zarzutów.

W dniu 7 lipca 2010 r. MPO Sp. z o.o. złożyło wyjaśnienie, że nastąpiło czasowe, nieplanowane nagromadzenie odpadów komunalnych na terenie Dzielnicowego Zakładu Oczyszczania Z-2 przy al. Niepodległości 213, w wyniku blokady dojazdu na składowisko „Łubna”, przez jedną z organizacji ekologicznych.

Ponadto, składając powyższe wyjaśnienie Spółka poinformowała, że podjęła w  trybie pilnym działania zmierzające do zapewnienia alternatywnych miejsc zagospodarowania odpadów i zawarła umowę na ich wywóz. Do czasu wywiezienia wszystkich nagromadzonych odpadów, stosowane są środki usuwające niepożądane zapachy, jednak panujące od pewnego czasu wysokie temperatury mogą powodować w ograniczonym czasie ich mniejszą skuteczność.

Jednocześnie informuję, że Zarząd Spółki podjął działania w celu znalezienia nieruchomości na terenie Warszawy, na którą przeniesiona zostanie działalność Dzielnicowego Zakładu Oczyszczania Z-2 przy al. Niepodległości 213. Zgodnie z oświadczeniem Biura Nadzoru Właścicielskiego, pozytywne rozstrzygnięcia w tej kwestii powinny zapaść w najbliższych miesiącach.

Czyli wreszcie oficjalnie wynika z pisma, że odpady bywają na tym terenie, a nie jest to jedynie parking. Zobaczymy, czy w ciągu najbliższych miesięcy rzeczywiście MPO pożegna się z terenem, czy też może znów przeszkodzą ekologiczni partyzanci stacjonujący gdzieś tu w okolicy.

niedziela, 15 listopada 2009

Komentarz do: Jak traktować sędziów ze Strasbourga

Niestety komentarz do artykułu pana Bronisława Wildsteina nie przeszedł przez moderację, więc archiwizuję tutaj.


Nadinterpretowuje Pan wyrok Trybunału. Czy czytał Pan dokumenty wypuszczone przez Trybunał, a dostępne na jego stronie? Nie chodzi o jakąś przestrzeń publiczną, lecz o szkołę. W dokumencie wyczytać można, iż wg trybunału wywieszanie krzyża w szkole stoi w sprzeczności z wykształceniem zdolności krytycznej oceny u uczniów i jednocześnie sugeruje, iż katolicyzm jest jedynym słusznym wyznaniem.

Niepotrzebnie wkłada Pan w usta ateistów twierdzenia, których nie wypowiedzieli. Jestem ateistą i nie zamierzam domagać się zdejmowania logo z kościołów katolickich czy jakichkolwiek innych.

Ten tzw. agresywny ateizm, o którym Pan pisze, nie zakazuje Panu wierzyć. Sugeruje, by odprawiał Pan rytuały w domu i kościele zamiast w placówce, która ma edukować obywateli (różnych wyznań).

Pisanie o agresywnym charakterze prawa to już chyba tylko figura stylistyczna, bo z pewnością raczy Pan skorzystać z jego wykładni, gdy będzie to Panu wygodne.

Na koniec jeszcze szarżuje Pan nakłaniając kogoś do przebudzenia i walki o "elementarne prawo". Czyli właściwie jakie? Byłby to paradny widok -- oglądać na żywo w telewizji jak Bronisław Wildstein "prześwięca dyscypliną" sędziów. Hołduje Pan karom cielesnym?

czwartek, 15 stycznia 2009

Życie za darmo

W nawiązaniu do artykułu chciałbym się podzielić uwagami, które wysłałem zresztą redakcji.


Artykuł o życiu za darmo mógłby być ciekawszy, gdyby pominięto naiwne wnioski i obserwacje. Najciekawszym jego fragmentem była wypowiedź freeganów ze squatów, którzy starali się przekazać myśl przewodnią ich ruchu (poniekąd słuszną), czyli ograniczenie bezmyślnego konsumpcjonizmu. Niestety część ta nie została pociągnięta dalej.

A teraz lista skarg i zażaleń. Na "dzień dobry" sprzeczność postępowania freegan z definicją zawartą w nazwie ruchu. Z artykułu można się dowiedzieć, że rozmówcy dziennikarki mają pracę i wydają zarobione pieniądze na pożywienie. Nie żyją więc za darmo, lecz skromniej. Słowo "free" najwyraźniej udzieliło się mocno autorce, bo reszta artykułu to instrukcja nie ograniczenia potrzeb, ale uniknięcia zapłaty za ich zaspokojenie.

Wyidealizowana została wizja świata freegan żyjących w squatach. W artykule napisane jest, że zdobywanie pożywienia zajmuje ogromne ilości czasu. Podobnie pewnie wiele innych czynności, skoro warunki są spartańskie. Narzuca się więc wniosek, że jeśli część tej społeczności chciałaby mieć czas na rozwój umysłowy, to pozostałą część trzeba skazać na wegetację w formie polowań na żywność. Co prawda autorka posiada Kartę Miejską, ale przecież równie dobrze mogłaby się przekopywać przez zaspę w poszukiwaniu warzyw.

Artykuł jest dość optymistyczny. Prześlizguje się po niewygodnych kwestiach związanych z ludzką cielesnością. Autorka co prawda przyznaje, że ciężko się umyć w umywalce, ale niestety czytelnik nie dowiaduje się, czy w związku z tak wysokim stopniem higieny redakcja zakupiła odświeżacze powietrza. Krążąc dalej wokół kwestii zdrowotnych, dość odważnym wydaje się uczynienie z ciastek i kawy znacznej części diety.

Najbardziej nie podoba mi się jednak to, że jako baza do filozofii przestawionej w artykule posłużyło żerowanie. Żerowanie na furtkach pozostawionych otwartymi przez społeczeństwo. Furtek, których się nie zabezpiecza, licząc że nikt ich nie wykorzysta z racji utrzymywania norm społecznych. Tutaj chciałbym przytoczyć opowieść mojego znajomego, który jako dumny Polak zrobił "jeleni" z naiwnych Kanadyjczyków. Otóż w kraju owym funkcjonuje praktyka, która pozwala wypróbować towar, a jeśli się nie podoba -- zwrócić. Oczywiście furtka została wykorzystana poprzez zużycie towaru a następnie jego oddanie i odzyskanie tym samym pieniędzy. Wracając to głównej myśli - przykłady. Darmowy Internet w lokalach. Nie jest oczywiście darmowy, tylko wliczony w to, co kupują klienci. Gdyby zwalali się z ulicy wszyscy chcący mieć Internet nie starczyłoby łącza i lokal szybko zrezygnowałby z takiej kuli u nogi. Nie jest to więc jakaś ogólnie przemyślana taktyka godna popularyzacji, bo w swych założeniach ma marginalność zjawiska. Poza tym gdzieś umknęła kwestia zdobycia komputera i opłacania rachunków za prąd wpływający do jego baterii - wszystko bez użycia pieniędzy. Kolejna (zdecydowanie większa) sprawa to wyjadanie z gara dla bezdomnych. Są ludzie, którym bardzo się w życiu nie udało i są zmuszeni do korzystania w rozwiązań awaryjnych. Jeśli robi się takie rzeczy z wyboru, to jest się szkodnikiem. Ktoś za składniki do tych posiłków płaci. Najbardziej frustrujący jest przypadek, jeśli robi to państwo z m.in. moich podatków. Podobna logika dotyczy zużywania wody i innych mediów, których nie odłączyło miasto, chociaż powinno było.

W artykule Internet występuje jako źródło wszechwiedzy. Nieprawdą jest, że w sieci dostępna jest taka liczba książek, że spokojnie korzystając jedynie z nich można ukończyć studia. Jeśli już są wartościowe pozycje, to często dlatego, że wygasły majątkowe prawa autorskie. Niestety w przypadku kierunków technicznych takie pozycje są nieprzydatne. Część darmowych lektur związana jest również ze środowiskiem wolnego oprogramowania (istotne z mojego punktu widzenia). Zdecydowana większość wartościowych książek nadal pozostaje w pełni płatna. Można co najwyżej zaoszczędzić na druku i zakupić książkę w PDFie. Sieci wymiany plików pomijam, bo przecież autorka nie namawia do łamania prawa. Przypominam również, że studenci są dla państwa inwestycją. Przywileje im udzielane w założeniu mają się w przyszłości zwrócić poprzez pracę stworzonych w ten sposób specjalistów.

Ostatecznie nie widzę sensu w wegetacji. Chciałbym być przydatnym elementem społeczeństwa. Nie wyprodukowałbym niestety nic przydatnego poprzez samo czytanie dostępnych za darmo książek i spacerki po wystawach i klubach. Jeśli nie chcemy, by społeczeństwo stało w miejscu, to choć konieczni, filozofowie, myśliciele i malarze nie wystarczą.

Przebija się też przez cały czas w tle myśl, że pieniądz jest inkarnacją czystego zła. Faktem jest, że tzw. kryzys przypomniał o możliwości wypaczenia jego idei, co nie pomniejsza jednak jego przydatności.